Logo Szczecinek.org

Szczecinek.org

Szczecinecki Portal Historyczny im. prof. Dr Karla Tuempla

Neustettin in Pommern
Obecny czas: 22 Lip 2018, 21:40

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina





Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 
Autor Wiadomość
 Temat postu: Z życia wzięte.
PostWysłany: 09 Mar 2009, 17:54 

Dołączenie: 02 Lut 2009, 21:13
Posty: 168
Wywiad z panem Józefem Sakrajdą , jednym z pierwszych polskich obywateli Szczecinka- o ciężkich latach wojennych, przeobrażeniach powojennych i pierwszej działalności społecznej w mieście Szczecinku i okolicach.

Tomasz Ceglarz: Panie Józefie, zanim dotarł pan do Szczecinka (ówczesnego Neustettin- z niemieckiego „Nowy Szczecin”) przez wiele lat był pan związany z innym rejonem Polski. Proszę pokrótce przedstawić pańskie dzieciństwo, rzecz jasna nierozerwalnie związane z okresem II wojny światowej.

Józef Sakrajda: Tak, urodziłem się w Sarnach, małym powiatowym miasteczku na pograniczu Wołynia i Polesia, bardzo ważnym przedwojennym szlaku kolejowym. To właśnie tu krzyżowały się szlaki kolejowe na trasach Równe- Łuniniec- Kowel- Korosteń- Kijów, a także stacjonowały jednostki piechoty i kawalerii wchodzące w skład pułku Sarny, dowodzone przez ppłk. Nikodema Sulika. Ogólnie rzecz biorąc Sarny znajdowały się w rejonie umocnień wschodniej granicy II RP. Mieszkańcy miasteczka to konglomerat różnych narodowości- w większości Ukraińców, Żydów i Polaków. Tu urodziłem się 4 czerwca 1931 roku.

TC: Jak pan wspomina swoje dzieciństwo, rodziców?

JS: Tatuś był mianowanym pracownikiem magistratu, a zarazem synem i wnukiem właścicieli ziemskich spod Wielunia. Jego dziadek w czasie powstania styczniowego miał swoją „partię”, czyli oddział partyzancki. Podczas jednej z potyczek został wzięty do niewoli przez kozaków i skazany przez doraźny sąd polowy na karę śmierci przez rozstrzelanie. Jednak żona dziadka przekupiła kozaków i ci odstąpili od wykonania wyroku. Dziadek został skazany przez trybunał wojskowy w Piotrkowie Trybunalskim na 20 lat na Syberii. Do kraju wrócił w 1880 roku.

TC: Widać, że tradycje patriotyczne, powstańcze są w pańskiej rodzinie głęboko zakorzenione.

JS: Mało tego! Tatuś brał udział w wojnie rosyjsko- japońskiej. Był oficerem armii carskiej w stopniu kapitana, starszym felczerem 324 pułku kazachskiego w miejscowości Kuszka, na pograniczu z Afganistanem. Podczas I wojny światowej dostał się do niewoli niemieckiej i przebywał w obozie jenieckim w Strzałkowie koło Łodzi, gdzie był zastępcą lekarza obozu. W 1916 roku w ramach wymiany jeńców wrócił do Rosji. Przebywając w szpitalu w Moskwie zastała go rewolucja. Żołnierze obrali ojca komendantem twierdzy. W 1924 roku powrócił do kraju, osiadł początkowo w Sieradzu, a potem w Sarnach, gdzie mieszkał jego brat Franciszek, działacz PPS-u. To tutaj wstąpił do Policji Państwowej, w której służył do 1929 roku.

TC: A pańska mama, rodzeństwo?

JS: Mamusia nie pracowała nigdzie, była- jak to się wówczas mówiło- przy mężu. Pochodziła ze wsi Stoczki koło Sieradza. Z rodzeństwa miałem jeszcze młodszą siostrę Barbarę, która zmarła mając cztery lata. W Sarnach rozpocząłem swoją edukację w Szkole Podstawowej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego. Klasę pierwszą ukończyłem w czerwcu 1939 roku. Drugą miałem rozpocząć, jak wiele innych dzieci, w nowym roku szkolnym. Niestety, odwlekło się to w czasie…

TC: Właśnie, jak odebrał pan wtedy pamiętny, pierwszy dzień września?

JS: Dzień 1 września pamiętam bardzo dobrze, gdyż mieszkaliśmy niedaleko stacji kolejowej, która stała się pierwszym obiektem bombardowania niemieckich samolotów. Samoloty bombardowały także obiekty znajdujące się na terenie węzła kolejowego jak „depo”, czyli parowozownię, stację paliw i wiadukty. Z wieży ciśnień, tzw. „wodokaczki” żołnierze ostrzeliwali się z broni maszynowej. W tym dniu były dwa naloty, w następnym trzy.

TC: Jaka była atmosfera, jak zachowywali się ludzie?

JS: Oj, pamiętam jeszcze atmosferę przed wybuchem wojny. Już wtedy była ona pełna napięć, taka sama w jakiej żyło starsze pokolenie rozbiorów. Oni chyba coś przeczuwali. Mało tego, udzielała się ona także nam, małym dzieciom. Pamiętam jak jeszcze wiosną i latem organizowano zbiórki pieniężne na Ligę Obrony Przeciwlotniczej i Przeciwgazowej. Za ofiarowane grosze dawano blaszane, przypinane samolociki. Na placu przed szkołą wręczano żołnierzom parę karabinów maszynowych w darze od społeczności miasta i powiatu. W szkole uczono nas posługiwać się maskami przeciwgazowymi. Czasami ich nie starczało i nosiliśmy wówczas buteleczki z roztworem octu i szmatki, co miało zapobiec zatruciu. Maski przeciwgazowe mieli nieliczni. Sam włączyłem się czynnie w obronę. Kopanie i maskowanie rowów przeciwlotniczych przed okiem nieprzyjacielskiego lotnika to niestety rzeczywistość pierwszych dni strasznego września 39.

TC: Jak wyglądały manewry wojsk? Przecież Sarny to bataliony, jednostki, piechota wojska polskiego…

JS: Otóż, trzeciego dnia wojny z naszych koszar wymaszerowała część żołnierzy, piechota i kawaleria. Batalion Korpusu Obrony Pogranicza „Sarny” na razie został na miejscu, lecz wkrótce i on opuścił koszary, udając się w rejon Klesowa i Młyńska, w strefę umocnień. Przez miasto przeciągały się tabory wojskowe. Pamiętam jakie wrażenie robił pociąg pancerny nr 51 noszący nazwę „Pierwszy Marszałek”. Groza sytuacji, strach, przerażenie. Dopiero teraz doszła do mnie myśl, że sytuacja jest bardzo poważna. Nad ranem 17 września na stacji w Sarnach został zastrzelony ogniem z działka sowiecki samolot rozpoznawczy
Dowódca pociągu kpt. Zdzisław Rokossowski (prawdopodobnie krewny Konstantego) zamierzał dotrzeć do Kowla, by tam połączyć się z grupą generała Franciszka Kleeberga.

TC: Wojska sowieckie zaatakowały 17 września?

JS: 18 września do miasta wkroczyły pierwsze oddziały Armii Czerwonej. Przy naprędce skleconej bramie tryumfalnej, ozdobionej kwiatami i młodymi brzózkami witali ich przedstawiciele ludności ukraińskiej i żydowskiej, z popem i rabinem na czele. Ze strony polskiej witających nie było. O ile przypominam sobie, rabin nazywał się Lewoniewski, a z jego synem chodziłem do jednej klasy. Witano ich chlebem i solą, położonymi na długim, haftowanym ręczniku. Sami delegaci ukraińscy ubrani byli odświętnie w białe rubaszki, z również haftowanymi wzorami. Miasto momentalnie zostało zarzucone plakatami i ulotkami w języku polskim, często z błędami ortograficznymi. Jeden plakat utkwił mi szczególnie w pamięci. Przedstawiał on grupę generałów i wyższych oficerów z orderami i sznurami na połamanym wozie, który ciągnął koń z napisem POLSKA. Żołnierze sowieccy ulokowali się w naszej szkole. Ich pierwszą czynnością było wyrzucenie z bibliotecznych szaf na dwór, do rozpalonego ogniska, całego szkolnego księgozbioru. Jak to dzieci, kręciliśmy się przy ognisku, a mi udało się parę książek wyprosić. Wśród uratowanych książek był m.in. „Potop”, „Ogniem i mieczem”. Oddałem je do biblioteki szczecineckiej, a dwutomową „Historię Polski”, bogato ilustrowaną sprezentowałem panu dyrektorowi Marianowi Krokerowi- pierwszemu dyrektorowi, polskiego liceum w Szczecinku. Tak, pamiętam też dość niemiły incydent. Moja stryjenka kupiła mi na imieniny mundurek harcerski (należałem do Zuchów) i finkę. Idąc ulicą zostałem zatrzymany przez dwóch żołnierzy, z których jeden obciął mi wszystkie guziki z lilijką i zabrał finkę, za którą tak rozpaczałem. Mówili, że to burżuazyjne zdobienia. Chyba potraktował to jako zdobycz.

TC: Kontynuował pan naukę?

JS: Tak, ile znowu powtarzałem pierwszą klasę. Uważano, że poziom nauki w szkołach radzieckich jest wyższy. Była to szkoła z polskim językiem nauczania, napisanymi w języku polskim. W następnych latach polszczyznę wyparł język ukraiński.

TC: Jak wyglądała polityka okupantów wobec Żydów?

JS: Niezatartym wspomnieniem w mej pamięci pozostał fakt likwidacji getta żydowskiego, w którym mieszkali Żydzi z okolicznych wsi i miasteczek. Był to teren kilku ulic, oddzielony od reszty miasta parkanem. Początkowo Żydzi mogli swobodnie się poruszać po mieście, później wprowadzono ograniczenia, nakazano noszenia opaski z gwiazdą Dawida. Później wszystkich Żydów spędzono do obozu, zorganizowanego koło szpitala. Na jego terenie znajdowała się bursa dla wojsk niemieckich. Byłem naocznym świadkiem likwidacji tego obozu. Niemcy grupami wyprowadzali ludzi i kierowali ich drogą obok cmentarzy polskie i żydowskiego na teren tzw. małego poligonu za koszarami. Z terenu strzelnicy, oddalonego od obozu około 1,5 km dochodziły strzały z broni maszynowej. W pewnym momencie grupa Cyganów, zorientowawszy się, że wszyscy są skazani na zagładę, rozerwała ogrodzenie z drutu kolczastego, a przez powstałą w ten sposób lukę zaczęli wybiegać na zewnątrz. Zanim Niemcy zorientowali się w sytuacji kilkaset osób zdołało wybiec z obozu. Pamiętam jak wściekli Niemcy przeprowadzali rewizję, dom po domu, szukając uciekinierów. Na naszej ulicy omyłkowo została zastrzelona pani Kołodziejska, którą wzięto za zbiegłą Żydówkę, gdyż miała czarne włosy i nietypowy profil twarzy. Zabito wtedy wielce szanowanego doktora, chirurga, ordynatora miejscowego szpitala Rozentala. Ciała zabitych zakopano na cmentarzu żydowskim. Tatuś ( znał biegle niemiecki i francuski) służył jako tłumacz niemiecko- polski, mówił że udało się ujść około stu uciekinierom. Kiedy byliśmy razem na terenie strzelnicy, na zasypanych rowach były jeszcze ślady krwi. O zgrozo, byli ranni, których zasypywano żywcem. Tatuś jeszcze po wojnie korespondował z jedynym ocalałym Żydem, uciekinierem z Kalisza, któremu udało się przeżyć w Sarnach.

TC: A Polacy? Jak nas wtedy traktowano?

JS: To był czas rzezi Polaków w okolicznych wsiach i miasteczkach przez ukraińskich nacjonalistów „banderowców” i „bulbowców”. Nie było tygodnia, aby nie docierały do nas wieści o masowych morderstwach Polaków w naszym i sąsiednich powiatach. Nasz dom stał się też przez jakiś czas schronieniem dla uchodźców ze wsi Ugły, która została spalona, a ponad 260 osób zostało zamordowanych. Nasilenie tych mordów nastąpiło szczególnie w drugiej połowie 1943 roku. Po okolicach Rokitna, Klesowa i Sarn grasowała grupa ukraińskich nacjonalistów licząca około 600 osób. Dobrze uzbrojona, przemieszczała się z miejsca na miejsce. Grupa ta w nocy z dnia 27 na 28 maja 1943 roku napadła na wieś polską Staryki. Bandyci potrafili nawet przebrać się w polskie mundury, aby zyskać przychylność i zaufanie miejscowych. W tym też czasie tato zaczął nawiązywać kontakt z polskim oddziałem partyzanckim Mikołaja Kunickiego. Za okazaną im pomoc został w latach 60. odznaczony.

TC: Niemcy wkroczyły do Saren w czerwcu 1941 roku, a kiedy z powrotem przybyli żołnierze ZSRR?

JS: W pierwszych dniach stycznia 1944 roku. Sarny zostały wyzwolone przez oddziały Armii Czerwonej i partyzantów. Wraz z ucieczką Niemców zaczęła przybywać ocalała ludność polska. Zapanował tyfus, który zbierał śmiertelne żniwo. W budynku szkoły otworzono szpital dla chorych na tyfus. W rejonie Klesowa działał oddział AK ppor. Wróblewskiego, dobrego znajomego ojca. Po wojnie osiadł w Olsztynie. Ale to nie był koniec zmagań wojennych. Wiosną i latem nasiliły się bombardowania Niemców. W trakcie jednego z nich został zburzony nasz dom i tylko cudem uniknęliśmy śmierci. To było jak straszny sen. Tatuś pojechał szukać dla nas lokum, zmarła moja siostra, mamę chwycił paraliż, chorowała na Parkinsona. Niemcy za wszelką cenę chcieli zbombardować ten ważny węzeł kolejowy oraz drewniany most na Słuczy. Mieszkańcy w strachu i panice uciekli do kaplicy. Tam, zamknięci przez dwa dni modlili się i błagali o zakończenie nalotów. Gdy wrócił tato, zamieszkaliśmy w Niemowicze- miejscowości oddalonej od Saren o 7 km. Później z uwagi na prześladowania Polaków naszym domem stała się miejscowość Kostopole. Tam zacząłem kontynuować naukę w czwartej klasie. Pamiętam jak dziś wzajemne mordy, pomiędzy wojskami radzieckimi a nacjonalistami ukraińskimi. Dopiero w połowie maja 1945 roku zaczęto mówić o wyjeździe Polaków za Bug, do Polski. Szykowano chętnych do wyjazdu. Na niej znalazła się i nasza rodzina.

TC: Jak wyglądała podróż na ziemie odzyskane?

JS: Otóż, z Kostopola wyjechaliśmy pod koniec maja. Jechaliśmy w krytych wagonach, tzn. ja i tato jechaliśmy osobno, mama- ze względu na chorobę- w innym wagonie. Po drodze trzeba było zatrzymywać się po drewno do lokomotywy. Dłuższy postój nastąpił w Lublinie. Dla osób starszych zorganizowano wyjście do obozu w Majdanku. Ja poszedłem razem z nimi. Widok był wstrząsający. Pomordowane ciała, pełno krwi, kości. Ten fetor, duszący smród rozkładanych ciał. Uczestnicy tej „wycieczki” płakali, byli zasępieni i ponurzy. Dalej jechaliśmy przez Zduńską Wolę, potem na zachód. Tak, cały czas na zachód. Po drodze mijaliśmy rozbite stacje kolejowe i zrujnowane domostwa. Na stacji w Pile panował ogromny bałagan, wielka ciżba ludzi. Każdy chciał jechać, nie dla każdego był środek transportu. Ludzie siedzieli na dachach, stali na stopniach i buforach. Z Piły, w kierunku Koszalina i Wałcza, czynny był tylko jeden tor, co rzecz jasna nie usprawniało komunikacji. Piła to już ziemie odzyskane, przed wojną leżała na granicy polsko- niemieckiej.

TC: Piła to około 70 km od Szczecinka.

JS: Zgadza się. 8 czerwca 1945 roku dojechaliśmy do stacji Neu Stettin- taki napis jeszcze widniał na dworcu. Wszyscy zmęczeni i wymizerowani trudami podróży. Nie sądziłem wówczas, że w tym właśnie mieście spędzę swoje młode i dorosłe życie. Nagminnym zjawiskiem było rozbieranie torów. Rozbierano szyny na trasie Szczecinek- Słupsk, a także pod Białogardem. Właściwie to planowano wyjazd dalej, na północ. Chyba tylko, właściwie dzięki tym rozebranym torom większość ludzi pozostała w Szczecinku. To nie był wtedy sentyment do miasta.

TC: A jak was przywitało miasto?

JS: Widok miasta zaszokował mnie. Po ulicach fruwało pierze i papiery, a na ulicach nie było ludzi. Z moimi kolegami- Staśkiem i Edkiem Zimnym oraz Zygmuntem i Longinem Sawickim udaliśmy się wzdłuż ulicy Dworcowej (obecnie 28 Lutego). W okolicy dzisiejszego PKS-u zostaliśmy zatrzymani przez dwóch osobników z karabinami. Zaprowadzili nas do magistratu celem wylegitymowania. Dopiero dzięki tacie, który zaczął mnie szukać, po interwencji w komendanturze radzieckiej wypuszczono nas.

TC: Ale nie byliście tutaj pierwsi.

JS: Tak. Sporo było już repatriantów z Wileńszczyzny i województwa lwowskiego. Przez miasto przewijało się wojsko radzieckie, ale zdarzyło się też widzieć żołnierzy polskich. Jak się później dowiedziałem byli to żołnierze z 4 pułku rolno- gospodarczego, wchodzącego w skład 1 dywizji rolno- gospodarczej, której sztab miał siedzibę w Złocieńcu. Warto zaznaczyć, że miasto było podzielone. Północ zajęli repatrianci wileńscy, my z kolei mieszkaliśmy na wschodzie. Sporo ulic było niezamieszkanych. Strasznie niebezpiecznie było w okolicach koszar wojskowych. Ludzie zajmowali wolne domostwa. My zamieszkaliśmy na ul. Pomorskiej 37. Na naszej repatriacyjnej karcie widniał napis zameldowania- 209. Początki były bardzo trudne. Brakowało żywności, pieczywa. Po chleb trzeba było stać w długiej kolejce. Z pomocą przychodził nam PCK, który zorganizował kuchnię ludową. Niezwykle miłą chwilą było niecodzienne spotkanie rodziny. Tato przypadkowo spotkał na rynku przy ówczesnym browarze brata mamy, Władysława Modrzejewskiego. Wujek był wywieziony ze Stoczek na roboty przymusowe. Trafił do gospodarstwa w Wojnowie, między Drawieniem a Lotyniem i tam też po wojnie pozostał. Pierwsze miesiące były bardzo niebezpieczne. Trafiły się rabunki i morderstwa ze strony żołnierzy radzieckich, jak i tych, którzy się pod nich podszywali. Stabilność służb porządkowych dawała wiele do życzenia. W szeregach milicji było wielu kryminalistów, nie mających nic wspólnego z praworządnością. Wielu z nich bez wykształcenia, robotnicy przymusowi, nieprzygotowani do zawodu. Wystarczyło hasło:” bycia milicjantem”.

TC: A jak wyglądały początki szkolnictwa?

JS: Pan Bronisław Ciechanowicz, przedwojenny nauczyciel wraz z panem Teofilem Haglem rozpoczęli starania o uzyskanie lokalu pod przyszłą szkołę. Lokal ten uzyskał przy ulicy Księżnej Elżbiety (dzisiejszy teren przedszkola). Razem z młodymi mieszkańcami rozpoczęliśmy prace porządkowe. Myliśmy okna, podłogi, znosiliśmy zbędny sprzęt. Pomagaliśmy naszym nauczycielom. Niestety władze radzieckie zarekwirowały budynek, na trzy dni przed rozpoczęciem roku szkolnego. Pamiętam jeszcze, że na ulicy Mickiewicza w domach oficerów radzieckich służyły Niemki. Dzieci oficerów kształciły się w Zespole Szkół Zawodowych na ul. 1 Maja. Po wielu staraniach uzyskaliśmy lokal na ulicy Pruskiej. Przed wojną był tam olbrzymi sklep, potem warsztat krawiecki. Całkowicie nie zaadaptowany na potrzeby nowej szkoły. Przybyli pierwsi nauczyciele- panie: Maria Regiec, Zofia Skinder, Stefania Kuczyńska, Wanda Zawadzka, Janina Motyl. Nauczyciele byli bardzo tolerancyjni, ale wymagający. W końcu pochodziliśmy z różnych stron polski przedwojennej, różny był poziom wyniesionej wiedzy. Z nowym rokiem 1946- 1947 moją wychowawczynią została p. Pelagia Bil. Jej mąż Zygmunt, działacz PPS, też był nauczycielem. Z każdej klasy wielu ukończyło studia i zdobyło cenne zawody.

TC: Wtedy też zaczęła się pańska działalność społeczna i polityczna?

JS: Latem 1945 roku grupa młodych chłopaków, którym przewodził Jurek Leszczyński założyli pierwszą drużynę harcerską. Byłem jednym z nich. Zaczęto tworzyć struktury OM TUR, ZWM… W każdym razie do ZHP należałem do lata 1947 roku. Związałem się z OM TUR-em. Jakiś czas później, po zjednoczeniu młodzieżówek zostałem wiceprzewodniczącym Zarządu Szkolnego ZMP. W zarządzie powiatowym pełniłem funkcję referenta szkolnego. W ramach ZMP byłem obecny na posiedzeniach Rady Pedagogicznej w naszej szkole. Muszę przyznać, że były to lata, kiedy młodzież z różnych organizacji brała czynny udział w wielu akcjach społecznych. Harcerze w grudniu 1946 roku zbierali pieniądze i dary w naturze na organizację choinki dla dzieci z biednych rodzin. Młodzież ZMW i OM TUR organizowała uliczne kwesty na Społeczny Fundusz Odbudowy Stolicy i na Pomnik Powstańca Warszawskiego. Rozbieraliśmy mury spalonych domów i czyściliśmy cegły- były one potem wysyłane do Warszawy w ramach akcji „cały naród odbudowuje swoją stolicę”. Likwidowaliśmy też poniemieckie napisy na ścianach budynków. Wspólnie celebrowaliśmy Dni Morza. Jedną z podstawowych zasad ówczesnego gimnazjalisty czy licealisty było chodzenie w miarę możliwości w ciemnych ubraniach, dziewczęta w białych bluzkach. Każdy obowiązkowo musiał mieć na rękawie przypiętą tarczę z nazwą szkoły i czapkę- gimnazjaliści z niebieskimi a licealiści z czerwonym paskiem na denku czapki. W godzinach wieczornych nie wolno było chodzić po mieście, czego drobiazgowo przestrzegali nauczyciele. Delikwent przyłapany w późnych godzinach na ulicy, musiał się wraz z rodzicem tłumaczyć przed dyrektorem szkoły. Z czasem zwyczaj ten został zaniechany, a szkoda. Z tamtych lat mam wiele miłych wspomnień. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, z niektórymi z nich przyszło mi później współpracować. Miałem m.in. możność osobiście poznać Edwarda Osóbkę- Morawskiego (był gościem na imprezie młodzieżowej), pierwszego premiera po wojnie. On też wręczał w Szczecinku sztandar wojewódzki organizacji OM TUR. Będąc we Wrocławiu, przy zwiedzaniu wystawy Ziem Odzyskanych poznałem Józefa Macichowskiego, z którym miałem zaszczyt współpracować jako Posłem na Sejm oraz Dyrektorem Bałtyckiego Okręgu Lasów Państwowych. Na wystawie oprowadzał nas po ekspozycji lasów, jako ich reprezentant i organizator.

TC: Panie Józefie, wywiad nasz musimy niestety zakończyć, gdyż ustaliłem, iż porozmawiamy do okresu wczesnych lat powojennych. Pańska osoba może świadczyć o bogactwie historycznym miasta Szczecinka, aż do dnia dzisiejszego. Jednakże wydaje mi się, że skupiliśmy się na wielu aspektach pańskiego młodzieńczego życia. Pozostają nam lata 50., 60., 70., 80., a wreszcie 90., i początek XXI wieku. Mam nadzieję, że niedługo będziemy mieli okazję, aby kontynuować i dopiszemy wspólnie kolejne strony przyszłego wywiadu. Niedosyt pozostaje…

JS: Tak, racja. Jest tego trochę. Miejmy nadzieję, że w naszym przypadku apetyt będzie rósł w miarę jedzenie i dopowiem jeszcze wiele ciekawych wydarzeń. Starałem się streścić to wszystko co ważne, istotne, znaczące. To bez wątpienia moje początki. Zawsze przez całe moje dorosłe życie szła wraz ze mną jedna myśl: „Naród, który nie ceni swej historii, jakakolwiek by ona nie była, nie zasługuje na szacunek”.

TC: Obyśmy zawsze cenili. Dziękuję za rozmowę.



Józef Bolesław Sakrajda
Urodził się 4 czerwca 1931 roku w Sarnach na Wołyniu. Do Szczecinka przyjechał wraz z rodzicami w czerwcu 1945 roku w ramach akcji repatriacyjnej z ZSRR. Tu uczęszczał do szkoły powszechnej i średniej, kończył Szkołę Oficerską, po której dostał przydział do 47 pułku piechoty w Szczecinku, kapitan rezerwy. Przewodniczący koła Stowarzyszenia Pokolenia, prezes Klubu Oficerów Rezerwy, działacz społeczny i polityczny. Autor kilkunastu publikacji o tematyce lat powojennych ziemi szczecineckiej oraz działalności organizacji młodzieżowych, m.in. „Przewodnika po miejscach Pamięci Narodowej regionu szczecineckiego”, „Kawalerowie Krzyża Walecznych”, „Pionierzy Ziemi Szczecineckiej”, „On pierwszy postawił słup graniczny nad Odrą” oraz wielu innych traktujących o działalności organizacji młodzieżowych w naszym regionie. Odznaczony m.in. „Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski”, „Srebrnym Krzyżem Zasług”, „Medalem RODŁA”, „Złotym Medalem Za Zasługi Dla Obronności Kraju”, dwukrotnie „Złotym Odznaczeniem im. Janka Krasickiego”, medalem „Zasłużony Obywatel Ziemi Szczecineckiej” oraz odznakami „Za zasługi w rozwoju województwa koszalińskiego”, „Zasłużony dla miasta Szczecinka” oraz wieloma innymi.



Józef Sakrajda to postać nietuzinkowa. Zdecydowałem się przeprowadzić wywiad z osobą, która wiele w życiu przeszła, przy tym mającej świadomość swoich korzeni i losów historycznych. Dzisiaj pan Józef to aktywny kombatant, przewodniczący stowarzyszenia Pokolenia, wieloletni członek wielu organizacji młodzieżowych, oficer w stanie spoczynku, a co najważniejsze wrażliwy społecznik. Jego działalność w muzeum regionalnym, szkolnictwie szczecineckim, a także bogata kolekcja medali, dokumentów, sprawozdań, kronik świadczy tylko o rzetelności świadka i szacunku wobec przeszłości. Przemawiają za tym źródła materialne, jak i niematerialne. Wspaniałe pielęgnowanie pamięci, na które zdobywa się coraz mniej ludzi. Wrażliwe, realistyczne, „czystko ludzkie” opisy oparte na wiarygodnych źródłach historycznych. Pomimo, iż nie przeżyłem, nie żyłem w tamtych czasach uważam, że relacja pana Józefa jest jak najbardziej prawdziwa. Częstokroć współpracowałem z panem Sakrajdą, czego dowodem może być zorganizowany przeze mnie w maju 2004 roku pokaz slajdów historycznych pod tytułem: „Historyczne święta 1 Maja w Szczecinku”. Dzięki pomocy naszego bohatera miałem możliwość selekcji materiału z Jego jakże bogatego archiwum zdjęć, relacji, pism.

Tomasz Ceglarz


Góra
 Profil  
 
 Temat postu: Re: Z życia wzięte.
PostWysłany: 18 Mar 2018, 13:02 
Awatar użytkownika

Dołączenie: 29 Gru 2007, 14:47
Posty: 349
Miejscowość: Szczecinek
Właśnie zdobyłem: "Działalność Organizacji Młodzieżowych Na Ziemii Szczecineckiej w Latach 1945 - 1975 w Relacjach i Wspomnieniach Byłych Działaczy" Józef Sakrajda - Redakcja, Szczecinek - Październik 1982r, Rejonowa Komisja Historyczna Ruchu Młodzieżowego przy ZM ZSMP w Szczecinku ....


Rejonowa Komisja Historyczna Ruchu Młodzieżowego - ktoś, coś o takiej komisji? Gdzie są archiwa ów komisji?

Co to jest medal: "Zasłużony Obywatel Ziemii Szczecineckiej" ?? Kto i co w tym temacie?

Co to jest odznaka: " Za zasługi w rozwoju woj. Koszalińskiego" ?? kto i co w tym temacie?

https://bibliotekacyfrowa.eu/dlibra/publication/21441/edition/19690?language=pl


Góra
 Profil E-mail  
 
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 2 posty(ów) ] 

Wszystkie czasy w strefie UTC + 1 godzina


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 1 gość


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Szukaj:
Skocz do:  
cron
Powered by phpBB © 2000, 2002, 2005, 2007 phpBB Group